← Powrót do strony głównej
Between the Lines

jak bardzo potrafimy się bronić

Człowiek ma niezwykłą zdolność obrony.

Nie przed światem.
Przed sobą.

Możemy przyjmować krytykę w pracy. Możemy przyznać, że coś nam nie wyszło, że popełniliśmy błąd, że coś mogło zostać zrobione lepiej. Potrafimy analizować sytuacje, wyciągać wnioski, przyjmować odpowiedzialność za rzeczy, które wydarzyły się na zewnątrz naszego życia.

Ale kiedy ktoś dotyka miejsca głębiej – mówi coś o naszych wyborach, o naszych mechanizmach, o tym, jacy jesteśmy – wtedy włącza się coś znacznie silniejszego niż rozsądek.

Natychmiast szukamy kontrargumentu.
Relatywizujemy.
Podważamy intencje.

Zaczynamy zastanawiać się nie nad tym, czy w tych słowach jest coś prawdziwego, ale nad tym, dlaczego ktoś w ogóle miał odwagę to powiedzieć.

Bo prawda o nas samych rzadko jest neutralna.
Ona coś burzy.

Burzy obraz, który budowaliśmy przez lata.
Burzy spójność historii, którą opowiadamy sobie o tym, kim jesteśmy i dlaczego robimy to, co robimy.
A człowiek bardzo przywiązuje się do własnych narracji.

Dlatego tak łatwo jest powiedzieć, że prawda jest względna.

Że każdy ma swoją wersję.
Że każdy widzi świat inaczej.
Że wszystko zależy od perspektywy.

I często to rzeczywiście prawda. Wszyscy patrzymy na rzeczywistość przez filtr własnych doświadczeń, własnych lęków i własnych potrzeb. To, co dla jednego jest oczywiste, dla drugiego może być zupełnie niewidoczne.

Ale czasem zastanawiam się, czy ta względność nie bywa wygodna.

Czy nie używamy jej czasem jak tarczy – subtelnej, eleganckiej, trudnej do podważenia – żeby nie dopuścić do siebie myśli, że ktoś mógł zobaczyć coś, czego sami jeszcze nie chcemy zobaczyć.

Bo przyjaciele czasem widzą więcej.

Widzą moment, w którym zaczynamy się gubić.
Widzą zmiany, których my nie zauważamy, bo dzieją się zbyt powoli.
Widzą rzeczy, które dla nas stają się normalne, a z zewnątrz wyglądają inaczej.

Z zewnątrz często widać wyraźniej.

Czasem dlatego, że ktoś patrzy bez emocjonalnego ciężaru, który my niesiemy.
Czasem dlatego, że ktoś zna nas na tyle długo, by zauważyć różnicę między tym, kim byliśmy kiedyś, a tym, kim zaczynamy się stawać.

I czasem mówią coś, co nie brzmi jak komplement.

Coś, co brzmi jak pytanie.
Albo jak ostrzeżenie.

Tylko że ostrzeżenia rzadko brzmią dobrze.

Nie są wygodne.
Nie są przyjemne.
Nie są czymś, co chcemy usłyszeć w zwykły dzień.

Kiedy ktoś mówi: „martwię się o ciebie” albo „to cię niszczy”, bardzo łatwo usłyszeć w tym coś zupełnie innego.

Krytykę.
Ocenę.
Wtrącanie się.

Czasem nawet zdradę.

Bo jeśli ktoś widzi w nas coś, czego my nie widzimy – albo nie chcemy widzieć – automatycznie staje się kimś, kto narusza naszą równowagę.

Mechanizm obronny działa wtedy szybko.

Chroni naszą wersję siebie.
Chroni historię, którą o sobie opowiadamy.
Chroni przekonanie, że wszystko jest pod kontrolą.

I robi to bardzo skutecznie.

Na tyle skutecznie, że potrafimy zamknąć rozmowę zanim naprawdę się zacznie.
Na tyle skutecznie, że potrafimy przekonać samych siebie, że ktoś „nie rozumie”.
Na tyle skutecznie, że potrafimy oddalić się od ludzi, którzy znali nas najlepiej.

Nie dlatego, że przestali być ważni.

Tylko dlatego, że ich słowa dotknęły miejsca, którego nie chcemy jeszcze otwierać.

Bo przyjęcie czyjejś perspektywy oznaczałoby zatrzymanie się.
A zatrzymanie się oznaczałoby zadanie sobie pytania, którego czasem bardzo chcemy uniknąć.

Może więc łatwiej jest odejść.

Łatwiej jest uznać, że ktoś przesadził.
Że ktoś nie ma prawa oceniać.
Że ktoś przekroczył granicę.

Łatwiej jest stracić relację, niż przyznać, że coś w nas wymaga zmiany.

A jednak gdzieś pod tą obroną, pod wszystkimi argumentami i wyjaśnieniami, zostaje coś jeszcze.

Cicha myśl, która pojawia się później.
Nie w trakcie rozmowy.
Nie wtedy, gdy emocje są najsilniejsze.

Dopiero kiedy wszystko trochę ucichnie.

I wtedy wraca jedno, bardzo niewygodne pytanie.

Nie o to, czy ktoś miał rację w każdym szczególe.
Nie o to, czy sposób, w jaki coś zostało powiedziane, był idealny.

Tylko o coś znacznie prostszego.

Czy w tych słowach mogło być choć trochę prawdy?

I czy największą trudnością nie jest czasem przyjęcie tego, że ktoś zobaczył w nas coś – zanim my sami byliśmy gotowi to zobaczyć?