Z pamiętnika dziennikarki… #1
21.04.2026 22:43
Szara mysz, która udawała kota
Mówią, że nawet niewielka osoba może rzucić duży cień. Stojąc codziennie w światłach reflektorów, blasku fleszy i pod biurowymi, migoczącymi jarzeniówkami, jest to szczególnie wyraźne. Tylko najpierw trzeba mieć coś do powiedzenia.
Ludzie myślą, że praca dziennikarza jest prosta, a kilka linijek tekstu – bez interpunkcji, ładu i składu – zrobi z ciebie autora. W prawdziwym dziennikarstwie tak to nie działa. Każda informacja musi zostać zweryfikowana. Inaczej bardzo szybko okazuje się, że rzucanie słów na wiatr i wpychanie nosa tam, gdzie nie trzeba, potrafi skończyć się naprawdę źle…

Dzień jak co dzień. Szybki prysznic, śniadanie i wychodzę z domu. Słońce, ciepło, lekki powiew wiatru.
Bzzz. Wibracja i dźwięk wiadomości. Dziwne napięcie, ciarki na skórze i jeżące się włosy.
Sygnał tego, że organizm przygotowuje się do obrony. Swego rodzaju instynkt, gdy coś ma się przydarzyć.
Nieznany numer, dziwnie pokrętna treść, nieprzyjemnie znajoma w swoim chaosie.
Westchnęłam ciężko. Palce niemal instynktownie wybrały numer do niego. Mojej tarczy. Mojej opoki.
Wiedziałam, że on to załatwi. A ja nie miałam najmniejszej ochoty się użerać.
Była już kilka razy w biurze. Zawsze pytała konkretnie o mnie. Dlaczego ja? Skąd miała moje dane – numer, imię?
Coś w tym było nie tak. I nie chciałam tego ruszać. Nie minęła minuta, a telefon znów zawibrował.
Najwyraźniej mam kija w dupie. No trudno. Wzruszyłam z obojętnością ramionami, chwyciłam za klucze i ruszyłam do biura.
Podjeżdżając na parking, poczułam znowu to osobliwie lepkie uczucie. Coś wisiało w powietrzu. Weszłam do środka, przywitałam się z moim amore i zatrzymałam się z nim w holu. Chwyciłam za swój tablet i zaczęliśmy rozmawiać o pracy.
Stałam, przeglądając naszą stronę, gdy z zamyślenia wyrwał mnie nagły hałas. Drzwi otworzyły się z impetem.
Do środka wdarła się grupka ludzi. Nic nie powiedzieli. Stanęli obok i przez chwilę tylko się patrzyli.
Już miałam wspominać o tym, jakie to niezręczne, lecz nie zdążyłam. Mężczyzna odezwał się pierwszy.
Mówił za nią. Z pretensją, jakby ich natarczywość i wścibstwo były naszą winą.
Hah, taka odważna w SMS-ach, a przy nas cicha jak mysz pod miotłą?
Czyżby jej odwaga była tylko na papierze?
W tym mieście – to wręcz dziwne. Zmierzyłam wzrokiem moją dręczycielkę. Z wyglądu ładna. Intrygująca, nawet.
Ale piękno ginęło pod potężną warstwą makijażu, który wszystko psuł. Nigdy nie rozumiałam dziewczyn, które na co dzień robiły sobie tak mocny, wieczorowy makijaż. Po pierwsze – komu naprawdę chce się wstawać o czwartej czy piątej rano, żeby poświęcać na to tyle czasu… Po drugie – czy makijaż nie powinien podkreślać atutów, zamiast je tworzyć od podstaw?
Po trzecie – eh, wyglądało to zwyczajnie męcząco. Jak ciągła, trochę desperacka walka o uwagę. Nie zrozumcie mnie źle. Sama się maluję. Ale jak ze wszystkim, liczy się balans. I odrobina rozsądku.
Ubrała się jakby miała tańczyć w nocnym klubie albo nagrywać w internecie filmiki za pieniądze na stronach xxx.
Zdecydowanie zbyt “odważnie” jak na poważną rozmowę. Chodzący przykład przerostu formy nad treścią. A może po prostu – niskiej samooceny.
Zastanawiając się nad tym, doszłam do prostego wniosku – mężczyźni lubią takie na chwilę, nie na stałe. Dojrzały facet zawsze wybierze kobietę, którą może odkrywać, a nie taką, która oddaje się za darmo każdemu, kto tylko zechce.
Właśnie dlatego klasa w połączeniu z seksapilem zawsze wygra z negliżem i sztucznością.
Nie moja bajka, spadam.
“Dobra, szukaj sobie szczęścia gdzie indziej…” – przemknęło mi przez myśl, kiedy odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę biurka.
Spędziłam przy nim chwilę, bardziej dla zasady niż potrzeby. Potem wyszłam na zewnątrz i odetchnęłam głęboko.
Wyciągnęłam papierosa z paczki i przez chwilę obracałam go między palcami, jakby miał mi coś podpowiedzieć. Chłodne powietrze zmierzwiło mi włosy i pozostawiło chłodnego całusa na mojej skórze. Pierwsze krople deszczu opadły na moją twarz i dłonie, ich chłód sprawił, że mimowolnie zadrżałam.
Odpaliłam w końcu fajkę, po czym zaciągnęłam się głęboko, czując, jak ciepły dym na moment odciął mnie od tego wszystkiego i ukoił moje spięte ciało. Drugą ręką zaczęłam scrollować Bleetera, zmęczonym wzrokiem patrząc, jak cudze życie przemyka mi przed oczami bez większego znaczenia. Deszcz zaczął padać mocniej i rozmazywać mi ekran, ale nie miałam nawet siły go wytrzeć. Wypuściłam dym powoli i obserwowałam, jak znika w wilgotnym powietrzu, jakby nigdy go nie było.
Z zamyślenia wyrwał mnie natłok SMS-ów w grupce z pracy. Brzdęk, brz-brzdęk, brz-brzdęk, brzdęk… No dobra, sprawdzam.
“To jakaś podpucha?”
“Kim są ci dziwni ludzie?”
“Uważajcie na nich”
“Czemu są tacy natarczywi?”
“Oho, kłopoty”
“O co im chodzi?”
No właśnie, o co? Dobre pytanie.
W międzyczasie dostałam prywatną wiadomość od mojej szefowej, która z uporem starała się mnie przeprosić za to, że dała mój numer kobiecie, która może być niezrównoważona. Pokręciłam głową z lekkim rozczuleniem. Jej delikatność i wrażliwość były dla mnie czymś naprawdę uroczym i słodkim, a jej troska była po prostu kochana.
Choć dałam jej jasno do zrozumienia, że nie mam jej tego za złe, widziałam, że wciąż ją to męczy. Czasem myślałam, że chciałabym mieć w sobie tyle empatii i czułości co ona, nawet gdy widziałam, że jest to dla niej bardzo uciążliwe.
Byłam wpatrzona w telefon, gdy z budynku wyszły moje obydwie szefowe. Na ich twarzach malowały się zmartwienie i determinacja, by dowiedzieć się, kim są ci ludzie i dlaczego nękają ich pracowników. Powiedziałam im, co wiedziałam, czyli właściwie nic. Zerknęłam na telefon – powiadomienie ze Snapmatic – ktoś cię śledzi.
To ona. Łał, serio? Po tym, jak się wyraźnie odcięłam? We trzy stwierdziłyśmy jednomyślnie, że to cholernie dziwni ludzie i coś nam tu śmierdzi. Szefowa nadal próbując wziąć to wszystko na siebie i ponownie przepraszając, chciała mi pomóc, zmieniać numer i tak dalej… Uśmiechnęłam się pod nosem, mówiąc, że to tylko numer i nie będę zmieniać go za każdym razem, gdy ktoś stuknięty napisze, bo przy naszym zawodzie – musiałabym to robić co drugi dzień.
W biurze czekał na nas mój wzburzony amore, który przekazał nam po raz kolejny relację ze spotkania, gestykulując i krzycząc na całe biuro o “tych popaprańcach”. Paradoksalnie widząc jego poruszenie i emocjonalną postawę – uspokoiłam się.
Wiedziałam, że jest to w dobrych rękach, a ja nie mam się czym przejmować. To mi się podobało w mojej pracy – byliśmy jak rodzina. Choć były kłótnie i żale o głupoty, to zawsze mieliśmy swoje plecy, co by się nie działo i można było liczyć na każdego.
Atmosfera w biurze była gęsta, napięta. Mnie zastanawiało jedno – jaki w tym wszystkim cel?
Nie wyglądali na autorów i nie mieli wydawnictwa. Przyznali to sami, jak to mówią “kłamstwo ma krótkie nogi”, więc po co udawać? Nawet ta kobieta napisała w SMS-ie, że zajmuje się tatuażami, a nie byciem pisarką.
Skąd więc pomysł na wywiad? Po co to nękanie i ta natarczywość?
Pytania mnożyły się w biurze, a odpowiedzi nie było.
Tylko coraz więcej teorii spiskowych, które słyszałam, jak siedziałam przy biurku, pisząc nowy felieton, czy burzliwe dyskusje przy kawie na przerwie. Popijając z boku moje espresso uśmiechnęłam się do siebie, przypominając sobie, jak sobotnim rankiem, pod domem obok śmietników zobaczyłam małą, siwą myszkę. Przebiegła szybko przez dziurę w płocie sąsiada, a za nią poleciały dwa kocury.
Nie udało się jej złapać, a koty zaczęły na siebie syczeć i pazury poszły w ruch. Wtedy pomyślałam sobie – “A to szczęściara, tym razem uszło jej na sucho.”. Lecz gdy wracałam tego dnia wieczorem do domu, zobaczyłam rozrzucone śmieci i westchnęłam, przeklinając w myślach koty, które musiały to zrobić. Odłożyłam torbę z zakupami i podeszłam, by pozbierać śmieci do kosza. Wtedy zobaczyłam tę samą myszkę, już prawie martwą, dogorywającą. To okrutne, jak te kocury lubią się zabawić zanim skończą sprawę… Po chwili jeden z tych kotów podbiegł i nie zważając na mnie, chwycił to co z niej zostało. Trzask.
Cichy dźwięk łamania maleńkich kostek, gdy zostały brutalnie przebite kocimi kłami.
“I po niej…” – pomyślałam – “Jednak nie miała tyle szczęścia.”
Dopiłam kawę i zerknęłam na zegarek. Z ulgą zobaczyłam, że czas się zbierać do domu. Dzień jak co dzień w naszej pracy.
Ale ten był męczący…
