← Powrót do strony głównej
Between the Lines

„Bez miejsca na błąd”

Czasem człowiek łapie się na tym, że daje więcej, niż ma. Nie dlatego, że musi, tylko dlatego, że wierzy, że to coś zmieni. Że jeśli jeszcze trochę się postara, jeszcze trochę się dopasuje, jeszcze raz spróbuje zrobić coś inaczej, to w końcu będzie wystarczający. Tylko że kiedy nie pojawia się ani jedna szansa, zaczyna się rodzić inne pytanie. Nie o to, co jeszcze można zrobić… tylko czy w ogóle jest sens próbować. To uczucie bycia „nie do końca” nie przychodzi nagle. Ono zbiera się powoli. W spojrzeniach, które nie zostają na dłużej. W słowach, które brzmią jak zamknięte drzwi. W ciszy, która mówi więcej niż jakiekolwiek wyjaśnienia. I w pewnym momencie zaczynasz wierzyć, że może to nie był brak czasu ani brak okazji. Może po prostu nie było w tobie nic, co zasługiwało na jeszcze jedną próbę. Zaczynasz się wtedy analizować dokładniej, niż kiedykolwiek wcześniej. Co zrobiłeś źle? Co mogłeś powiedzieć inaczej? Czy byłeś zbyt emocjonalny, zbyt chłodny, zbyt obecny, czy może właśnie za mało? I im dłużej o tym myślisz, tym bardziej dochodzisz do wniosku, że problem nie leży w jednej rzeczy. Tylko w tobie, całym. Pojawia się też myśl o tych wszystkich „drugich szansach”, o których ludzie tak często mówią. Jakby były czymś naturalnym, czymś, co prędzej czy później się pojawia. I zaczynasz się zastanawiać, czy to naprawdę zasada… czy może przywilej, na który nie każdy się łapie. Czy istnieją jakieś warunki, które trzeba spełnić, żeby ją dostać. I czy ty po prostu nigdy ich nie spełniłeś. Może trzeba być spokojniejszym. Albo mniej komplikować. Może nie zadawać tylu pytań, nie oczekiwać tyle, nie próbować tak bardzo. Może trzeba być kimś łatwiejszym do zatrzymania. Kimś, przy kim nie trzeba się zastanawiać. I wtedy zaczyna się najtrudniejsze, próba dopasowania się do czegoś, czego nawet nie potrafisz do końca nazwać. Tylko że im bardziej próbujesz zrozumieć, co było nie tak, tym bardziej oddalasz się od samego siebie. Bo szukasz odpowiedzi nie w tym, kim jesteś, tylko w tym, kim mógłbyś być, gdyby to miało coś zmienić. I w końcu zostaje jedno, uporczywe przekonanie, że może nie chodzi o brak szansy. Może chodzi o to, że nie każdy ją dostaje. Że czasem nie ma „jeszcze raz”, nie ma poprawki, nie ma momentu, w którym można pokazać coś więcej. I że może to właśnie jest odpowiedź, nawet jeśli nikt nigdy jej nie powiedział wprost. Bo na początku to wszystko jest pełne pytań. Co zrobiłem nie tak? Co mogłem zrobić lepiej? Co powinienem zmienić, żeby to miało sens? Ale kiedy żadna szansa się nie pojawia, kiedy nie ma nawet przestrzeni na „spróbuj jeszcze raz”, to te pytania zaczynają cichnąć. Nie dlatego, że znalazłeś odpowiedzi… tylko dlatego, że przestajesz wierzyć, że one coś zmienią. Zamiast tego pojawia się coś innego. Taka cicha zgoda na to, że może po prostu nie jesteś kimś, dla kogo robi się miejsce drugi raz. Że może są ludzie, których się zatrzymuje… i tacy, których się po prostu mija, bez zawahania. I wtedy zaczynasz patrzeć na siebie trochę inaczej. Już nie przez pryzmat tego, co możesz poprawić, ale przez to, czego najwyraźniej nigdy nie było wystarczająco dużo. I to jest chyba najcięższe, nie konkretna rzecz, którą da się naprawić, tylko to poczucie, że brakuje czegoś, czego nawet nie potrafisz nazwać. Czasem łapiesz się na myśli, że gdyby tylko ktoś raz powiedział „spróbuj jeszcze raz”, wszystko wyglądałoby inaczej. Że może to by wystarczyło, żeby udowodnić komuś, ale też sobie, że jednak można być kimś, kogo się nie skreśla od razu. Ale kiedy to się nigdy nie wydarza, zostaje coś znacznie trudniejszego niż odrzucenie. Zostaje przekonanie, że nie było nawet czego ratować. I z tym najtrudniej się pogodzić, bo nie daje żadnego punktu zaczepienia. Tylko ciszę, w której człowiek próbuje sam dla siebie odpowiedzieć, czy naprawdę był aż tak niewystarczający… czy po prostu trafił w miejsce, gdzie nikt nie zamierzał dawać drugich szans.

MJ.