← Powrót do strony głównej
Between the Lines

o „prawie czymś”

Zaczęłam się zastanawiać, kiedy „to nic” zaczyna boleć jak coś.

Bo przecież od początku było jasne.
Bez definicji. Bez deklaracji. Bez wielkich słów.
Ot, rozmowy, które przeciągały się trochę za długo. Wiadomości wysyłane wtedy, gdy dzień już się kończył. Spotkania, które niby były przypadkowe, ale dziwnie regularne.

To nigdy nie było „coś”.
I może właśnie dlatego zajęło pół serca.

„Nie róbmy z tego niczego poważnego” brzmi rozsądnie.
Dojrzale. Bezpiecznie.
A jednak z jakiegoś powodu to właśnie takie relacje zostawiają po sobie największy bałagan. Nie w zdjęciach, nie w wspomnieniach – tylko w pytaniach.

Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego najtrudniej zapomina się to, co nigdy się nie wydarzyło.
Dlaczego łatwiej zamknąć rozdział, który miał tytuł, niż ten, który pozostał roboczą notatką.
I dlaczego „prawie” bywa cięższe niż „koniec”.

Może dlatego, że „prawie coś” nie ma wyraźnego momentu zakończenia.
Nie ma rozmowy, po której wiadomo, że to już.
Jest tylko cisza, która pojawia się stopniowo – jakby nikt nie chciał być tym, kto zgasi światło.

W takich relacjach wszystko jest niedopowiedziane.
Uczucia są „na chwilę”. Oczekiwania – „bez presji”. Tęsknota – „bez sensu”.
A jednak gdzieś pomiędzy kolejnym „jak minął dzień?” a „odezwę się” rodzi się coś, czego nie planowaliśmy.

Może problemem nie jest to, że ludzie boją się zobowiązań.
Może boją się nazwać coś, co już zdążyło ich poruszyć.

Bo „prawie coś” daje iluzję bezpieczeństwa.
A zabiera spokój.

I może właśnie dlatego najtrudniej pogodzić się nie z tym, że coś się skończyło –
ale z tym, że nigdy nie było do końca nasze.