← Powrót do strony głównej
Lifestyle

Epidemia Zombie w Los Santos: Nie dajmy się pożreć ekranom!

Wczoraj rano siedziałam z espresso na tarasie w samym centrum Los Santos. Ma dai – pogoda była po prostu idealna. Ani jednej chmurki na horyzoncie, słońce odbijające się od szklanych wieżowców z taką siłą, że niemal raziło w oczy, i ta lekka, słona bryza znad oceanu, która dociera nawet tutaj – magnifico! Wszystko wokół aż prosiło, błagało wręcz, żeby na chwilę podnieść głowę znad stolika i po prostu nacieszyć się tą krótką chwilą, poczuć prawdziwe dolce vita…

I wiecie, co robili ludzie wokół mnie? Niente. Absolutnie nic. Nie patrzyli na miasto, które tętni życiem. Nie patrzyli na niebo. Nie patrzyli nawet na siebie nawzajem, choć siedzieli przy stolikach naprzeciwko. Wpatrywali się w swoje iFruity tak intensywnie, z taką nabożną czcią, jakby bezmyślne scrollowanie Bleetera miało za moment uratować ten świat przed zagładą. Zgarbione plecy, puste, szklane spojrzenia, kciuki poruszające się mechanicznie… Mio Dio, Los Santos zaczyna wyglądać jak miasto cyfrowych zombie, które kompletnie zapomniały, że prawdziwy świat ma znacznie więcej niż te nędzne 6 cali wyświetlacza.

Nie zrozumcie mnie źle – sama nie jestem święta. Kocham Snapmatica, lubię wrzucić ładną fotkę i doceniam każde dobre powiadomienie z LifeInvadera, które wpada na mój ekran. Ale jak ze wszystkim – trzeba mieć umiar. A kiedy widzę starszą panią pod samym budynkiem Weazel News, która niemal wchodzi prosto pod koła rozpędzonego SUV-a, bo doomscrolling filmików ze słodkimi kotkami śpiewającymi najnowszy hit Demon Records jest dla niej ważniejszy niż przejście dla pieszych… Sul serio? Co starsi ludzie mają z tymi przeróbkami AI ze zwierzętami? Dio mio! Czy to już jakaś nowa choroba pokoleniowa?

W naszym mieście, w tym szalonym Los Santos, ludzie potrafią przeżyć pościgi policyjne, strzelaniny gangów i najbardziej absurdalne skandale obyczajowe, ale pięć minut bez odświeżenia feedu? No, grazie. To jest szczególnie tragiczne, gdy uświadomisz sobie, że mamy tu pod ręką prawie wszystko! Majestatyczne góry na północy, niekończący się ocean na zachodzie i tę niesamowitą energię ulic, której nie odda żaden, nawet najdroższy filtr. To miasto jest żywe, głośne, brutalne i absurdalne – czyli dokładnie takie, jakie powinno być – la vita vera! A my, jak stado owiec, zamykamy całe to piękno w małym, szklanym prostokącie. Redakcja Weazel News mówi głośno – Basta!

Najbardziej zirytowało mnie jednak to, że sama niemal wpadłam w tę samą pułapkę. Pisząc ten felieton zaburczało mi w brzuchu i odruchowo sięgnęłam po telefon, żeby sprawdzić „top 10 miejsc na lunch w LS”, analizując każdą gwiazdkę i każdą opinię “lokalnego przewodnika”. I wtedy przyszło otrzeźwienie i doszło to do mnie. Pomyślałam sobie: „Ma che sto facendo? – Co ja właściwie robię?”. Po co pytać bezduszny algorytm o drogę, skoro można po prostu ruszyć w miasto, zaufać instynktowi i poczuć zapach świeżej pizzy prosto z pieca albo znaleźć lokal serwujący ulubione danie mojego szefa – legendarną Pasta cacio e pepe?

Posłuchajcie uważnie: nie każemy Wam wyrzucać telefonów przez okno. Wręcz przeciwnie – weźcie je ze sobą! Ale per l’amor di Dio – używajcie ich do tego, do czego zostały stworzone: żeby uwieczniać momenty, które faktycznie przeżyliście albo żeby zadzwonić do kogoś bliskiego, kto od Was dawno nie słyszał, a nie żeby zastępować nimi samo życie! Właśnie dlatego, w kontrze do cyfrowego otępienia, przez najbliższe tygodnie nasza ekipa będzie przeczesywać San Andreas wzdłuż i wszerz. Od filmowego blichtru Vinewood, przez słoneczne molo na Del Perro, aż po zakurzone, duszne bary w Sandy Shores. Będziemy sprawdzać, smakować, testować oraz brudzić piachem i błotem nasze służbowe auta, żeby pokazać Wam miejsca, w których warto się pojawić osobiste, zamiast tylko scrollować o nich posty. Andiamo!

To jest również ogromna szansa dla naszych lokalnych biznesów. Jeśli prowadzicie miejsce z duszą – nieważne czy to ekskluzywny klub nocny czy maleńka knajpka na rogu – skontaktujcie się z nami. Parliamo, pogadajmy jak ludzie! Przyjedziemy, sprawdzimy Waszą ofertę i jeśli Wasze miejsce ma w sobie to legendarne „coś”, trafi na naszą oficjalną mapę turystyczną San Andreas. Chcemy dać mieszkańcom realne powody, dla których warto w końcu oderwać wzrok od świecącego ekranu. Obywatele Los Santos, rzucam Wam oficjalne wyzwanie na najbliższy weekend. Schowajcie swoje iFruity głęboko w kieszeń, przynajmniej na czas popołudniowego spaceru. Podnieście głowy. Guardate! Patrzcie na to miasto, bo ono oddycha razem z Wami. Przypomnijcie sobie, że najlepsze i najbardziej szalone rzeczy w Los Santos nadal dzieją się całkowicie offline. A presto!

Francesca Sorella